czwartek, 30 lipca 2015

Początek

Dzień dobry, 
Nazywają mnie Sierotka Środka Marysia.
Jestem uzależniona od bycia Au pair. 

Moja przygoda bycia "aupairką" zaczęła się 6 lat temu. Tak, 6 lat, to 1/4 mojego życia. Ale 7 roku już nie będzie, koniec, the end. Postanowiłam zerwać z nałogiem.

Parę dni temu przetrząsając swoja pocztę odkryłam skarb. Stare maile. To natchnęło mnie żeby się tym podzielić więc oto i jestem! Chociaż może nie powinnam. Nigdy nie byłam dobra w pisaniu, w ogóle powinnam się od takich rzeczy trzymać z daleka. Współczuje wszystkim co próbują przebrnąć przez ten brak ładu i składu.
 
Ale może od początku. Co to jest Au pair? Proste, jadę za granicę, mieszkam z obcymi ludźmi, zajmuje się ich domem i dzieciakami (z naciskiem na dzieci) i oni mi za to płacą. Ja ponadto zaliczam się do tych nietypowych Au Pair, letnich tzn. wyjeżdżam na 2 - 4 miesiace w okresie wakacyjnym, czyli szczerze, najgorsze co może być. Czemu? Bo dzieci nie mają szkoły, a to wiąże się z większą ilością roboty.

Ale jak zaczęła się moja przygoda z AuPair? Otóż będąc w liceum miałam świra na punkcie Francji. Ogromnego świra. Obwiniam za to muzykę francuską, a dokładniej musicale, w szczególności Le Roi Soleil. No dobra przyznaję się, dokładnie chodziło pana Emmanuela Moire.
Pewnie każdy ma taki etap w swoim zyciu. Jest młody i durny jak but. Wyobrażałam sobie, że stanę na chodniku, we Francji, zobaczę pana Emmanuela, padniemy sobie w ramiona i będziemy razem śpiewać aż do końca życia. Ale chyba każdy przez to przechodził, taki wiek. 
Większość ludzi przez to przechodzi? 
Niektórzy ludzie?
Tylko ja????!!!!No i trafiła kosa na kamień. Zakochałam się we Francji, a mój afekt był tak silny, że ten kraj śnił mi się po nocach (czyt. Pan E.M. śnił mi się po nocach). Trzeba był zadziałać, wyjechać, zobaczyć. Tylko trzeba było znaleźć odpowiedni sposób...

Po pierwsze wymiana ze szkoły – wynik: nie wyszło
Po drugie wycieczka z biura podróży – brak środków – wynik: nie wyszło
Po trzecie wycieczka organizowana samodzielnie, po kosztach
- nocleg: tanie foyer
- bilety: znaleziony taniutki samolot
- żarcie: w słoiki i do walizki
- wynika: stać mnie
ale sama nie chciałam jechać, bo trochę głupio by mi było szlajać się po mieście samotnie. Pojadę więc z koleżankami, chcą też zwiedzić Paryż. Już wszystko z rodzicami załatwione możemy jechać!!! Yaaaaaaaay!!!
Wtedy grom z jasnego nieba. Mama jednej koleżanki zmieniła zdanie. Obejrzała dokument w telewizji, w którym opisywali porwania samotnych, młodych, polskich turystek, które następnie sprzedawano do domów publicznych. Dlatego nie pojechałyśmy. Z powodu, wtedy tak mi się wydawało, głupiego dokumentu.
Cholera jaka ja byłam zła.

„Taaa, bo tam stoją i czekają tylko aż wyjdziemy z lotniska z napisem na czole „młode Polki, czekamy na porwanie”. W cholerę z tym, przecież nie będziemy się szlajać po podejrzanych uliczkach, a już widzę jak porywacze latają za nami po wierzy Elfia lub po Luwrze żeby nas porwać.”

 
Tak, byłam bardzo narwana. Nie rozumiałam czemu nasi rodzice się nie zgodzili na wyjazd. Teraz, kiedy już jestem starsza, trochę rozumiem.
 
Podsumowując, żaden z moich genialnych planów nie wyszedł. Ale nie takie imprezy się kładło. Pan Emmanuel na mnie czeka więc muszę pojechać. Coś wymyślę
Wtedy dowiedziałam się o czymś takim jak au pair. Takie dziwne coś. Wcześniej nigdy o tym nie słyszałam, gdzie by ktoś na Au Pair jechał, ja z wiochy jestem, ludzie nawet nie wiedzieli co to znaczy, zresztą tak jak ja.
Au pair był genialnym pomysłem, bo będę we Francji i to długo (więc będe mogła stać długo na chodniku aż zobaczy mnie pan E.M). Do tego nic nie wydam, a nawet zarobie. Plan idealny.
No to zalogowałam się na stronie au pair, opisałam się łamaną francuszczyzna (Człowiek słabo zna francuski po roku nauki w szkole. Bardzo dobrze umiałam za to cytaty z musicalu, ale ich wpisać się chyba nie dało, a może jednak się dało???). Odpowiedziałam na oferty i czekam na odpowiedź.
A odpowiedzi same negatywne... 
Brak znajomości języka, brak doświadczenia i wiek robiły swoje (wtedy miałam 17 lat).
Znalazłam więc agencję, która wyszukuje rodziny, tylko trzeba im zapłacić. Nic, nawet dodatkowe koszty nie mogły mnie powstrzymać przed wymażonym wyjazdem do Francji.
Ale i tam też nic. Lipa. Jedna wielka, ogromna zielona lipa...

Kiedy straciłam już nadzieję, dostałam telefon z agencji, że jest rodzina, że zadzwonią do mnie.

„Jest!!!!! Jade do pana E.M. Fuuuuck. Ja nie gadać prawie po francusku,yyyyyyy, co robić, co robić. Ej dam rade. Dam, prawda? Fighting !!!!”

Dzwonią, gadają coś, ja nic nie czaje:

– „yyyyyy, english ???”
– „oui


Koniec rozmowy, powiedzieli że się odezwą.

Ale mijały dni, tygodnie, nie odezwali się, to pewnie z powodu mojego francuskiego, albo tego że byłam taka młoda. Dyskryminacja! A co to że się dzieckiem niby zająć nie umiem?!
 
Koniec czerwca, a ja miałam jechać na au pair w wakcje. I to nie wypaliło. Pogodziłam się z tym, że nie pojadę.

Początek lipca: odezwały się dwie rodziny!!!!!
Jedna z wiochy w środkowej Fracji ze strony internetowej i rodzina z agencji, która będzie podróżować po Francji i będzie przez parę dni w Paryżu.
Wybieram podróżników, daaaa, w końcu będzimy w Paryżu!!! A co jest w Paryżu? Pan E.M! Zaraz odpisałam, potem powtórka telefonu i znowu najwazniejsze pytanie: „English?”
Z tym, że zwracam uwage, to był telefon, nie żadne skajpy, bez żadnych bajerów typu wizja, ze starą dobrą kartą telegrosik.

Cztery dni później wysiadałam na lotnisku Charles de Gaulle'a we Francji.